Maybe Someday, Colleen Hoover. Powieść o rozdartym sercu, muzyce i pięknej miłości.

Maybe Someday, Colleen Hoover. Powieść o rozdartym sercu, muzyce i pięknej miłości.

Maybe Someday, Colleen Hoover



Staraliśmy się to zwalczyć, ale musieliśmy ulec, ponieważ nasze uczucia są o wiele silniejsze niż pożądanie. Z pożądaniem łatwo wygrać. Zwłaszcza gdy jego jedynym orężem jest wzajemny pociąg.


Maybe Someday, Colleen Hoover, recenzja. Lawendowa Czytelnia


Kiedy Sydney słucha, jak chłopak na balkonie gra na gitarze, nie zdaje sobie sprawy, że jego muzyka wywróci jej życie do góry nogami, a on sam poprzez granie wedrze się do jej serca, choć jego jest już zajęte.
Ridge ofiaruje Sydney dach nad głową w dniu jej urodzin, w dniu kiedy wyjawia jej, że jej chłopak i jej przyjaciółka ze sobą sypiają. Dziewczynie wali się świat i opuszcza wspólne mieszkanie, które dzieliła z Tori. Wprowadza się do mieszkania Ridge'a. Żadne z nich nie przypuszcza, że w najbliższym czasie doświadczą czegoś, czego nikt nigdy nie dozna. Przychodzi moment, w którym Syd zastanawia się czy “może kiedyś”  uda im się być razem, ale biorąc fakt, że na przeszkodzie stoi Maggie, dziewczyna Ridge'a poza którą nie widział świata, a wobec której jest lojalny i walczy z tym, co czuje do Sydney, łamie jej serce i dla dobra Maggie każe wyprowadzić się z jego mieszkania.


Odkąd się poznaliśmy, ani razu nie miałem wrażenia, że moja niepełnosprawność w ogóle jest niepełnosprawnością.


Maybe Someday to bardzo poruszająca historia dwojga ludzi, których połączyła miłość do muzyki i do nich samych. Powiedzieć, że to rollercoaster emocji i uczuć to jak nic nie powiedzieć, bo to prawdziwa jazda na emocjach. Nie umiem obrać w słowa tego, co przeżywałam czytając “Maybe Someday”.


[...] jeśli uważasz, że twoja miłość do Ridge'a wystarczy, żebyście się zeszli po śmierci Maggie, to jesteś w błędzie. Bo Maggie nie umiera, Sydney. Maggie żyje. I jej obecność będzie silniejsza niż miłość Ridge'a do ciebie.


Książki Colleen Hoover zawsze wywierały na mnie ogromnie wrażenie, wzbudzały całą gamę emocji i pozostawiały po sobie moralnego kaca oraz pustkę. Ale to, co zrobiła ze mną ta pozycja, jest nie do opisania. Przez trzy dni żyłam wraz z bohaterami, poczułam więź i ich miłość. Poczułam to, co czuł Ridge, kiedy próbował usłyszeć, jak Sydney śpiewa jego piosenki, jak śpiewa to, co razem stworzyli. Autorka zawsze urzeka mnie swoimi pomysłami i sposobem grania na uczuciach czytelnika i bohaterów. W Maybe Someday przeszła samą siebie i wiem, że to najlepsza jej książka i ląduje u mnie na liście pod numerem jeden wraz z Ugly Love, choć ze względu na niesamowicie wykreowaną postać Ridge'a, jestem skłonna pozostawić ją na pierwszym miejscu bez egzekwo z Ugly Love.


W mieszkaniu panuje całkowita cisza. Jedyne, co wszyscy słyszymy, to utrzymujący się odgłos pękania serca Maggie.


Colleen Hoover mimo że posługuje się znanym sobie schematem, każda kolejna jej książka, którą czytam, jest wyjątkowa, ma innych bohaterów, inne problemy, ale tak samo łamie serce, wydusza łzy i wodzi za nos. A ja to kocham w książkach, tego oczekuję, aby od pierwszej, no dobra może drugiej lub trzeciej strony wiedzieć, że to będzie kolejna powieść, jaka wzbudzi we mnie skrajne emocje. Za to najbardziej kocham pióro i umysł autorki. Dlatego też, gdy zaopatrzam się w kolejną od niej pozycje, zostawiam ją na później, a dokładnie na czytelniczego i pisarskiego dołka, bo gdy dopada mnie taki stan, Hoover bezpretensjonalnie mnie z niego wyciąga.


– Nie chcę się z nią żegnać, skoro tak naprawdę wcale nie chcę, żeby dochodziła.


I tak oto Ridge stał się moim książkowy mężem numer 1 na chwilę obecną :)
Ponadto książka jest wyjątkowa również dlatego, że bohaterowie piszą wspólnie piosenki. Początkowo Sydney przekazuje Ridge'owi swoje teksty, jakie napisała podczas słuchania jego akordów na balkonie, a kiedy się do niego wprowadza, zaczynają pracować nad kolejnymi tekstami, co w rezultacie ich do siebie zbliża i tym samym Sydney pomaga odblokować się Ridge'owi. Więcej zdradzać nie będę, bo po prostu trzeba przeczytać i przeżyć całą sobą.

Ja zakochałam się w książkę bezgranicznie i wspomnę jeszcze tylko o tym, że każda piosenka, która została napisana przez bohaterów istnieje naprawdę i można posłuchać ich na stronie https://maybesomedaysoundtrack.com.

Z całego serducha swojego romantycznego polecam Wam tę pozycję, musicie ją przeczytać!

A teraz posłuchajcie przewodniej piosenki tej powieści.




Samanta Louis,
Lawendowa Czytelnia.
Zapowiedź! Tylko żywi mogą umrzeć, D. B. Foryś. PATRONAT MEDIALNY

Zapowiedź! Tylko żywi mogą umrzeć, D. B. Foryś. PATRONAT MEDIALNY

Lawendowa Czytelnia doczekała się swojego pierwszego patronatu, mowa o debiutanckiej powieści D. B. Foryś "Tylko żywi mogą umrzeć". Debiut literacki autorki ukaże się już 30 listopada b.r i jest to również pierwsza część z serii Tessa Brown. Powieść ukaże się dzięki wydawnictwu e-bookowo.pl w obu formach, elektronicznej i papierowej.




Zanim będziecie mogli przeczytać moją opinię na temat wspomnianej powieści, chcę byście nieco poznali autorkę i jej książkę.



Nazywa się Dorota Bożena Foryś, pochodzi z Wrocławia, obecnie ma 29 lat i niedługo spełni swoje życiowe marzenie, jakim jest wydanie powieści przed trzydziestką. Z wykształcenia jest informatykiem, ale na co dzień pracuje jako kierownik firmy handlowej. Od trzech lat jest związana z Grupą Literacką Ailes. Do tej pory udało jej się wydać opowiadania w dwóch antologiach: „MDS: Miłosne Rewolucje” oraz „Godzina Diabła” – zawiera prequel powieści „Tylko Żywi Mogą Umrzeć”. Uwielbia komiksowych super bohaterów, pop art, Aurorę oraz ciastka kokosowe.
Do napisania powieści „Tylko Żywi Mogą Umrzeć” zainspirowała się serialem „Supernatural”, którego jest ogromną fanką, a imię główna bohaterka odziedziczyła po jej mamie ;)
Jest to pierwsza część cyklu zatytułowanego „Tessa Brown”. Opowiada historię Tessy – łowczyni demonów. Kobieta za dnia próbuje prowadzić w miarę normalne życie, zaś nocami poluje na piekielne kreatury, przez co wplątuje się w sytuację, jaka znacznie ją przerasta. Wraz ze swoim przybranym ojcem – egzorcystą Gabrielem, byłym chłopakiem Remim – medium z zapędem do nekromancji, Leonardo – ekspertem od ziół oraz Kilianem – tajemniczym nieznajomym lubującym się w słodyczach, zamierza pokonać demony i raz na zawsze zmieść je z powierzchni Ziemi.
Jest to paranormalna opowieść fantasy z elementami horroru, romansu oraz sporą dawką humoru. Skierowana jest do osób pełnoletnich. Powieść została nagrodzona w pierwszej polskiej edycji Wattys 2016 w kategorii „Lekkie pióro”.


 O książce:

Mam na imię Tessa i, odkąd pamiętam, prowadzę podwójne życie. Jestem barmanką za dnia, za to nocami zamieniam się w żądną krwi łowczynię demonów. Dlaczego to robię? Och, nie zrozumcie mnie źle, przecież nie wybrałam takiego zajęcia, ponieważ jest ekscytujące i bezpieczne, pieniądze też nie grały tutaj żadnej roli, nikt mi w końcu za to nie płaci.
Tropię i zabijam wyłącznie dlatego, że posiadam nad nimi niespotykaną przewagę: w połowie jestem jedną z nich...

Ile osób potrzeba do rozpętania Apokalipsy? Co powiecie na: Tess - cierpiącą na fasmofobię łowczynię istot nadprzyrodzonych, Kiliana - tajemniczego nieznajomego z zamiłowaniem do słodyczy, Remiela - irytującego medium z zapędem do nekromancji, Gabriela - egzorcystę, proboszcza, spowiednika i żartownisia w jednym, oraz Leonardo - eksperta od ziół. Dream Team. Świat nie ma się czego obawiać. Ludzkość z pewnością zostanie ocalona!





Poznajcie bohaterów "Tylko żywi mogą umrzeć" 










Jesteście ciekawi tej równie ciekawej powieści? Autorka zapewnia, że nie będziemy się nudzić i każdy znajdzie coś dla siebie, ja trzymam Dorotę za słowo, a Wy tymczasem oczekujcie premiery i recenzji od Lawendowej Czytelni ;)

Szczegółowe informacje znajdziecie na stronie www.tessabrown.pl

Gratuluję autorce wydania debiutu literackiego i życzę wielu sukcesów!


Samanta Louis
Lawendowa Czytelnia
W kierunku zachodzącego słońca, Halina Strzelecka

W kierunku zachodzącego słońca, Halina Strzelecka




W kierunku zachodzącego słońca, opowiada o losach pięknej i inteligentnej Susany, której w życiu wiedzie się doskonale, choć w sprawach sercowych nie ma już takiej passy.
Rob, obecny partner Susany wyjeżdża do Afryki na 3 tygodnie. Zakochana i stęskniona Susana nie ma pojęcia, co tak naprawdę jej mężczyzna zamierza robić w Kenii. A zamierza bardzo wiele, przede wszystkim zaliczać piękne kobiety, a szczególnie te ciemnoskóre. Susana po wielu tygodniach od jego wyjazdu i braku częstego kontaktu zaczyna rozumieć, że Rob to zwykły dupek, który na nią nie zasługuje. W między czasie Susana zostaje przyjęta do pracy w banku. Jej szef oczarowany jej wyglądem i inteligencją zanadto dba o jej wyjazdy służbowe i zbyt często błądzi myślami w kierunku Susany. Oczywiście, gdziekolwiek Susana się nie pojawi jest podziwiania, wielbiona i pożerana wzrokiem. Wracając z służbowej podróży z Berlina, poznaje Williama, który to doszczętnie zakochuje się w Susanie, ale wpierw musi ją odnaleźć, żeby kontynuować z nią znajomość. Do kraju wraca Rob, nie przyjmuje on do wiadomości, że jego kochanie nie chce już mieć z nim nic wspólnego. Oczywiście Rob tak łatwo się nie podda.

Wątków w tej książce jest wiele, postaci także i nie jestem przekonana czy de facto przedstawienie ich głębiej ma większy sens. Ogólnie “W kierunku zachodzącego słońca” to powieść, myślę, dla starszej grupy czytelniczej, ponieważ język, jakim toczą się dialogi jest niemal arystokracki, przez co zabrakło mi jakiekolwiek realizmu. Książka jest tak słodka, że chyba bardziej być nie mogła, a zakończenie całkowicie niepotrzebne, ponieważ lepiej wypadłaby ta książka, gdyby gdzieś po drodze był dramat, ukazujący jakieś mroczne tajemnice z życia idealnej Susany, niż to, co serwuje autorka na końcu, bo jeśli już takie zakończenie wybrała, to mi zabrakło w nim fachlarzu emocji, w sumie jak w całej książce.

Mimo tego, co napisałam polecam przeczytać, jeśli jesteście zainteresowani, gdyż gusta są różne, a o nich się nie dyskutuje. Chciałabym napisać więcej o tej pozycji, ale nic więcej nie przychodzi mi na myśl, jak to, że karty książki urzekły mnie swoją fakturą. Przyjemne w dodatku i tak idealnie gładkie.


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję 



Samanta Louis,
Lawendowa Czytelnia

Pozwól mi zostać, Tijan. Strata połowy siebie to niewyobrażalny ból. Samobójstwo to odwaga.

Pozwól mi zostać, Tijan. Strata połowy siebie to niewyobrażalny ból. Samobójstwo to odwaga.

To było jedyne miejsce na ziemi, w którym czułam się bezpieczna.


29 czerwca, Mackenzie znajduje swoją siostrę bliźniaczke w łazience, w kałuży krwi. Tego samego dnia po odkryciu zwłok siostry trafia do domu rodziców Rayana, a w rezultacie do jego łóżka. Traumatyczne przeżycie, jakiego doświadczyła nie pozwala jej zasnąć, a bycie w łóżku chłopaka i jego obecność, pozwala jej na sen. Tak zaczyna się relacja między Mac i Rayanem, ale to dopiero początek góry problemów i wielkiego bólu, z jakim będzie musiała zmierzyć się bohaterka. Czy jej się to uda? Czy idzie normalnie żyć i funkcjonować po tym, jak odnalazło się połowę swojej duszy na podłodze w kałuży krwi? Co zawiera list samobójczy, który rzekomo zostawiła Willow? Dowiecie się wszystko, czytając tę książkę.

Ja na początku skupię się na problemie powszednim, jakim jest samobójstwo nastolatków. To muszę przyznać temat tabu, jak i bardzo ciekawy do stworzenia książki. Mackenzie przeżywa tak wiele bólu, ma wrażenie, że traci zmysły, ale przede wszystkim obwinia siebie, że jako siostra blizniaczka, nie zauważyła sygnałów, jakie wysyłała siostra o pomoc. Strata kogoś tak bliskiego – w ogóle strata bliskiego – jest bólem, którego nie można sobie wyobrazić, dopóki się go nie doświadczy. Jest też powodem do obwiniania siebie, za to że było się tak bardzo zaślepionym w sobie, że nie zauważyło się tego, z czym na codzień musiała walczyć bliska osoba. Zarzuca się sobie, tak jak w przypadku Mac, że to ona powinna była umrzeć, bo Willow zawsze była silna, lubiana, najlepsza. I myślę, że to chciała autorka przekazać swoją książką, byśmy bardziej zwracali uwagę na bliskie nam osoby, niż na samego siebie. Bo gdy dojdzie do tragedii, będzie już za późno. Niestety w mojej rodzinie również ktoś popełnił samobójstwo. Swego czasu bardzo bliski mi kuzyn. Nie miałam możliwości mu pomóc, bo nie miałam z nim kontaktu, ale po jego śmierci zastanawiałam się nad tym, co tak naprawdę skłoniło go do odejścia z tego świata i czy naprawdę jego matka nie widziała, że jej dziecku nie chce się żyć? Czy gdybyśmy mieli ze sobą kontakt, jak kiedyś, mogłabym mu pomóc? Więc poniekąd rozumiałam ból, wątpliwości i żal bohaterki, a nawet obłęd w jaki popadała, gdy widziała i słyszała swoją zmarłą siostrę. W wyniku jej śmierci rodzina zaczęła się rozpadać. Mackenzie było o tyle trudno, że była identyczna, jak Willow, co wiązało się z odrzuceniem, odsunięciem.

Jak chodzi o techniczną stronę książki, to nie mogłam przez nią przepłynąć, niestety. Nie wiem czy to wina tłumacza, ale nieustanne mieszanie czasów tak strasznie mnie irytowało, że w pewnym momencie już miałam dość, tak samo jak błędów, których jest mnóstwo! I naprawdę, nie rozumiem, jakim sposobem w książce tak wiele się ich znalazło, biorąc pod uwagę fakt, że to wydawnictwo Kobiece stoi za wydaniem tej pozycji. Nad resztą nie będę się rozwodzić, bo mam mieszane uczucia. Nie uważam, że książka jest fantastyczna ani, że jest zła. Opowiada o czymś bardzo ważnym, ale chyba nic poza tym. Jedyne co jeszcze mi się podobało, to postawa Rayana. Ich miłość jest naprawdę w tej książce piękna i nietuzinkowa, co skłania mnie do myśli, że młoda miłość, taka między nastolatkami potrafi być prawdziwsza i silniejsza niż dojrzała miłość. Bo widzicie, mając 12 chyba lat, zakochałam się po uszy w siedemnstolatku i jestem z nim do dzisiaj, a przeszliśmy naprawdę sporo, tak wiele, że połowa poległaby na samym początku.

Czego nie rozumiem w "Pozwól mi zostać"? Zakończenia. Autorka napisała, że zostawiła je umyślnie, by skłonić czytelniczki do myślenia. Jedyne do czego mnie skłania, to do tego, że zabrakło mi wyjaśnienia, dlaczego Willow się zabiła, z czym tak naprawdę się borykała, że odważyła się to zrobić, czy może zrobiła to przez list, który odnalazła? I jak to się stało, że go znalazła? Nie lubię niedokończonych spraw, a ta ewidentnie taka jest i śmiem twierdzić, że Tijan powinna napisać kolejną część w całości opowiadającą o Willow, byśmy mogli ją zrozumieć, bo to, co opowiada Mackenzie o swoje siostrze, nie tłumaczy niczego.

Podsumowując: Polecam przeczytać "Pozwól mi zostać" i wyrobić sobie własne zdanie. Prawdopodobnie Ciebie ta powieść zachwyci, mnie zachywciłaby wtedy, gdyby była bardziej przemyślana i lepiej napisana. Czegoś wielkiego mi w niej brakuje.
Ale jestem pewna, że ściśnie Wam się serce, uronicie łzę – albo i nie – ale na pewno nieco przytłoczy Was ta opowieść.



Samanta Louis,
Lawendowa Czytelnia.

Komisarz, Paulina Świst. Czyli coś, co w ogóle nie wywarło na mnie wrażeń.

Komisarz, Paulina Świst. Czyli coś, co w ogóle nie wywarło na mnie wrażeń.




Dzisiaj będzie krótko, bo Komisarz to książka, która nie zostawiła po sobie wielkich wrażeń. Czasem zdarzają się książki, które nie wywołują we mnie żadnych emocji. Potrzebuję ich solidną dawkę, by skończyć czytać i powiedzieć na koniec – WOW!
Komisarz to niewymagająca lektura, na zabicie nudy. Spodziewałam się ostrego seksu, ostrek jazdy, a otrzymałam jedynie ostry język. Bohaterka, jedna z głównych postaci nie przypadła mi do gustu w ogóle, ale co tam, nikt nie kazał mi jej lubić ;) Postać Wyrwy nawet mi się podobała, choć w moim mniemaniu jest dupkiem i sądzę, że taki właśnie miał być. Były zgrzyt w czasach, ale ogólnie całość jest ciekawa. Trochę się pogubiłam, gdzie nie gdzie, ale to być może wina tego, iż nie czytałam pierwszej części.


Samanta Louis, 
Lawendowa Czytelnia. 
Rozdział Pierwszy, Zła miłość. Samanta Louis.

Rozdział Pierwszy, Zła miłość. Samanta Louis.

Bardzo cieszę się, że prolog (do przeczytania TUTAJ) został przez Was ciepło przyjęty i jesteście ciekawi ciągu dalszego. Dzisiaj mam dla Was rozdział Pierwszy. Mam nadzieję, że również będzie się Wam podobać. Po przeczytaniu zostawcie, proszę kilka słów od siebie.






Rok później.
Po tym, jak Dean tamtego pamiętnego dnia odszedł, zostawiając mnie złamaną na korytarzu, myślałam, że nie spotka mnie już nic gorszego.
A jednak.
Stało się.
Mój ojciec, mój kochany tatuś, zostawił nas – mnie i mamę – dla tej zdzirowatej suki; swojej sekretarki. Wybaczcie moje epitety, ale właśnie tym jest dla mnie kobieta, która rozbiła szczęśliwą dotąd rodzinę.
Wielki boss, zarządzający największym wydawnictwem w kraju, jakimś cudem, wiedząc, że istnieje wiele możliwości w postaci zabezpieczeń przed wpadką, stetrał dziecko za pierwszym numerkiem. I nie wiadomo skąd mu to przyszło do głowy, ale wybrał ich, choć mama była gotowa mu ten wyskok wybaczyć.
Mieliśmy wygodne, z pozoru szczęśliwe życie oparte na przyjemnościach, ale widocznie mojemu staremu, było za dobrze.
Opuścił mnie tak, jak zrobił to on. Chłopak, którego tak bardzo pragnęłam, a który pozostawił we mnie wypalone puste miejsce.
Mama, mimo że minął rok, nie może poradzić sobie z odejściem ojca, ze swoją pracą i ze mną. Wyrzuca mi, że zostałam rozpieszczona, bo nic mi nie pasuje, kiedy ona ciężko haruje, by zapewnić nam byt na odpowiednim poziomie.
Myśli, że ja tego nie widzę.
Zgodzę się z tym, że ojczulek mnie rozpieszczał i miałam wszystko, co chciałam. Jednakże nie jestem na tyle pozbawiona uczuć, by nie widzieć tego, co przechodzi moja matka. Doskonale ją rozumiem, bo ten sam płomień, który napędzał ją do życia, zgasł i we mnie.
Mama zaczęła realizować krok po kroku cele na swojej liście „Zrobić coś wyłącznie dla siebie, by przestać użalać się nad sobą ”– sądzę, że w ten sposób chce wypełnić sobie czas, by nie musieć myśleć o tym, co się stało – i postanowiła spełnić swoje marzenie, biorąc udział w programie „Master Chef”, co więcej, zapowiedziała, że bez wygranej w programie nie wraca.
I tym samym wpadła na niesamowity pomysł. Wakacje mam spędzić u swojej ciotki i mojej młodszej o dwa lata kuzynki, choć tak na dobrą sprawę jestem już dorosła i nie potrzebuję opieki. Nikt nie musi sprawować nade mną kontroli. Nie chcę, by ktoś mnie pilnował. W końcu muszę nauczyć się samodzielnego życia, jeśli tego ode mnie się wymaga. A jak mam to zrobić, jeśli w wieku dziewiętnastu lat matka wysyła mnie pod opiekę ciotki?
Mimo mojego nalegania do zmiany matczynej decyzji, nie udało mi się jej przekonać, żebym została w domu. Tłumaczyła to tym, że dobrze zrobi mi pobyt u kuzynki, że może uda mi się z nią nawiązać nić porozumienia i tym samym zacieśnić relacje, która powinna od początku mieć normalny wyraz.
Prosiła mnie, bym nie robiła problemów i pomogła ciotce, która przechodzi ciężki okres ze swoją córką. Nie rozumiałam w czym mam pomóc siostrze mojej mamy, ale ostatecznie po wielu dniach zgodziłam się, dochodząc do wniosku, że zrobię tym mamie przyjemność.
Nie chciałam jej więcej dołować.
Cały czas boli mnie to, że nadal nie może stanąć na nogi, po rozstaniu z moim ojcem.
Dobrze wiem, co czuje.
Przechodzę przez to samo, choć minął już rok.
Jego widok powoduje, że rany które zaczęły się zabliźniać, na nowo się otwierają, pomimo że ćwiczę każdego dnia swoją obojętność.
Kończę pakować ostatnie ubrania, rozglądam się po swoim pokoju i dochodzę do wniosku, że spakowałam prawie całą zawartość garderoby. I nie jestem pewna, czy tyle ubrań jest mi faktycznie potrzebnych.
Opadam na łóżko, ciężko wzdychając.
Każdego dnia pytam się Boga, dlaczego mnie to musiało spotkać?
Będę tęsknić za naszym domem. Tylko tutaj, w swoim pokoju mogę być tą samą kruchą dziewczyną, którą byłam jeszcze rok temu.
– Cassie! Jesteś gotowa? – woła matka z dołu.
Nie jestem i nie będę.
– Zaraz zejdę! – krzyczę z przekąsem.
– Pospiesz się, siedzisz tam od godziny!
Jeżeli nawet to, co? Zbrodnia?
Dopinam ostatnią walizkę, trzecią z kolei, zastanawiając się, czy o czymś nie zapomniałam, bo mam dziwne przeczucie, że tak. Ściska mnie w dole brzucha, wykręca z bólu i puszcza. Biegnę do łazienki wiedząc dokładnie, co to oznacza, o tym miałam pamiętać.
Świetnie, jeszcze akurat dzisiaj musiałam dostać miesiączkę, po co ona w ogóle istnieje? Dręczy co miesiąc i jeszcze okropnie wygląda, yh...
Staję przed umywalką i wyciskam mydło z dozownika, myję dłonie i płuczę pod średnim ciśnieniem wody z kranu. Podnoszę wzrok na swoje odbicie w lustrze i dochodzę do wniosku, że mój look, jak zawsze z resztą, jest olśniewający. Cera gładka, brzoskwiniowa, niemal aksamitna, jak pupa niemowlęca.
Moje blond włosy opadają swobodnie, luźnymi falami na moje plecy i piersi. Makijaż lekki, ale doskonały. Rzęsy długie i gęste. Zęby białe, choć mimo szczotkowania ich trzy razy dziennie idzie zauważyć na nich przebarwienia po fajkach. Kiedyś nie paliłam i niechętnie sięgałam po alkohol, ale odkąd wyparłam z siebie wszelkie uczucia mówiące o mojej słabości, używki stały mi się bardzo bliskie.
Czas się zbierać, bo matka znowu trajkocze, że już trzeba wyjechać. Łapię za podpaski, wychodząc z łazienki. Schodzę na dół z ostatnią torbą i uśmiecham się do mamy, zakładając swój wyćwiczony, sztuczny uśmiech.
– Lubię, gdy się do mnie uśmiechasz córeczko, tak rzadko to robisz. – Stoi przy kuchennej wyspie, na wprost salonu, nieopodal drzwi wejściowych gotowa do wyjścia. Przez cały stres, jaki zafundował jej ojczulek, na twarzy dorobiła się kilku zmarszczek, które uwidaczniają się szczególnie wtedy, kiedy unosi kąciki swych ust, czyli dokładnie w tej chwili. Uśmiecha się blado, jakby z sentymentem.
– Wiem mamo – wzdycham, miałam nic jej nie mówić – ale widzisz... też mam swoje problemy i nie zawsze powód, by chcieć się uśmiechnąć. – Rzucam torbę na ziemię, która ląduje przy pozostałych. Staram się oddychać równomiernie, uciekając wzrokiem na lewo i prawo, bo jestem pewna, że jeszcze chwila i się rozkleję, a przecież nie płakałam od tak dawna. Od roku nie przejawiałam żadnych słabości, więc czemu teraz czuję szczypanie pod powiekami i słoną ciecz, która za wszelką cenę chce wydostać się na zewnątrz?
– Co się dzieje Cassie? Nie mówiłaś, że masz jakieś problemy – mówi wyraźnie przejęta i zmartwiona. Patrzy na mnie z troską. Nie chcę jej martwić swoim złamanym sercem, kiedy jej jest w takim samym stanie.
– Wszystko w porządku mamo, nie masz się czym martwić – zapewniam, choć sama nie wiem, czy to prawda.
– Nie będę naciskać – wzdycha i wywraca oczy do góry – widzę, że nie chcesz powiedzieć, co ci leży na duszy. – Masz rację kobieto, nie chcę. – Jeśli jesteś gotowa, to chodźmy, bo spóźnię się na lotnisko.
– Jestem – szepczę.
Omiatam spojrzeniem ostatni raz salon i kuchnie, modląc się w duchu, abym przeżyła te wakacje. Nie mam zielonego pojęcia, co ja tam będę robić. Biorąc pod uwagę problemy, jakie ciotka ma ze swoją córką – o których dopiero się dowiem – imprezowanie nie wchodzi w grę, nie mówiąc o sporej ilości alkoholu i seksu. Po cichu liczę na to, że uda mi się wyrwać jakiegoś fajnego kolesia i kontynuować swój weekendowy rytuał seksualny, który wypełnia moją pustkę na kilka godzin i czuję się nieco lepiej.
Wychodząc z domu, obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie dopuszczę do siebie słabości. Wyjmuję z torebki klucze i zamykam drzwi na wszystkie spusty. Biorę głęboki wdech i wydech, po czym odwracam się i kieruję w stronę mamy.
– Dam radę, to tylko dwa miesiące – szepczę pod nosem, by podnieść samą siebie na duchu.
Wsiadamy do samochodu.
Przed nami pół godzinna jazda – przy dobrych wiatrach – jeżeli na drodze nie będzie ruchu. Ruszamy z Aleksandrii w stanie Virginia – gdzie mieszkam – do Waszyngtonu, bo tam stacjonuje ciotka z tą świętą krową, moją kuzynką.
Matczysko po drodze prosi mnie, abym nie zrobiła czegoś głupiego i nie starała się podporządkować sobie Laury. Dobrze, że wspomniała jakie nosi imię, bo no cóż, zapomniałam. Rzadko miałam z nią kontakt, a gdy już tak się stało, była chodzącym ideałem, który zupełnie nie pasował do mojego otoczenia, więc unikałam jej jak ognia.
***
Trasa minęła nam dość szybko, z czego wcale się nie cieszę. Wysiadam z auta i zabieram swoje bagaże, resztę z nich zabiera mama.
Stajemy przed parterowym bliźniakiem. Mam nadzieję, że jest tu chociaż ogród, na którym będę mogła się opalać i tym samym wypełnię sobie czas.
Mama dzwoni do drzwi i po chwili, staje w nich cycata czarnula – domyślam się – że to moja kuzynka we własnej osobie. Jak ona miała na imię?
– Cześć Laura, jest mama? Przywiozłam Cassie.
Ah tak, Laura. Dzięki mamo!
– Tak, jest, wchodźcie śmiało – mówi słodkim głosikiem i gestem ręki zaprasza nas do środka. Gdy tylko moja mama przekracza próg, kuzynka posyła mi złowrogi uśmiech. Czuję, że już dzisiaj będą z nią problemy.
Ściska moją mamę, całuję ją ze wszystkich stron i nakłada na twarz wyćwiczony, uroczy uśmiech, zupełnie taki jak mój.
Zabawne. Z dala widać, że wieje tandetą. Zapomniała o trzepocie rzęs.
Przekraczam próg jej domu i uderza we mnie jego prostolinijność. Jest zupełnie inny niż nasz. Taki prosty i trochę przestarzały. Ściany trzymają się kupy i zostały pokryte jasnymi pastelowymi barwami, a wystrój korytarza – i jak udaje mi się z progu zauważyć – kuchni, jest w tym samym stylu. Znajdują się w nim antyki, takie jak; krzesła, stół, ława i fotele w salonie. Muszę przyznać, że fotele mnie urzekły – to przez te kwiaty, które są na tkaninie. Sprzęt agd na całe szczęście jest na czasie. Mają ekspres do kawy, mikrofale, ale nie mają zmywarki, chyba że ukryta jest w zabudowie – modlę się w duchu, bo nie zamierzam wysuszyć skóry swoich dłoni poprzez mycie naczyń w twardej wodzie i tanim płynie do naczyń. Moje oględziny przerywa ciotka, która wraca nie wiadomo skąd.
– Cześć Rachel – ściska moją matkę – witaj Cassie. – Ściska i ślini mój policzek, yh. – Strasznie wyrosłaś i zrobiłaś się taka... Hmm... Dojrzała. – Taksuje mnie wzrokiem, jakbym była jakimś pieprzonym trofeum.
– Dziękuję ciociu, ty też wyglądasz olśniewająco – odpowiadam grzecznie, tak jak prosiła mnie mama i uśmiecham się promiennie, choć w duchu mam ochotę parsknąć śmiechem.
– Chodźcie moje drogie, nie stójcie w progu. Laura, czemu nie wprowadziłaś gości? – Kuzynka wzrusza ramionami, szeptając przepraszam, po czym uśmiecha się tajemniczo. Coś mi tu śmierdzi.
– Kochanie, zabierz Cassie do swojego pokoju, niech się rozpakuje i rozgości, my będziemy w kuchni – mówi do swojej córki i zabiera moją matkę pod ramię do wspomnianego pomieszczenia.
Zaraz, zaraz. Ja mam dzielić z nią pokój? Może jeszcze łóżko?
Nigdy w życiu! Po moim trupie.
Laura pokazuje mi ruchem ręki, że mam iść za nią. Idę prosto przez całą długość korytarza. Mijamy jedne drzwi po lewej, tuż obok małego salonu, drzwi po prawej – domyślam się, że to łazienka – aż w końcu stajemy przed drugimi drzwiami po lewej stronie. Kiedy kuzynka otwiera drzwi, rozczarowanie maluje się na mojej twarzy. Jest tylko jedno łóżko, no to znowu mam nadzieję, że mają jakąś dostawkę, materac, cokolwiek.
– Tu masz szafę i kilka półek ci przygotowałam, mam nadzieję, że się zmieścisz, choć widząc ilość walizek, wątpię w to. – Zdzira. Ja ci jeszcze pokażę, smarkulo. – Jak widzisz, będziemy spać razem, chyba że wolisz na materacu, ale ten to musisz już sobie kupić i nie ukrywam, że wolę byś to zrobiła. – Jak można nie mieć materaca w domu? My mamy ich, aż trzy! Wybieram opcję numer dwa. Kupię materac. – To wszystko. Łazienka jest na skos od tego pokoju, sypialnia mojej matki to te drzwi obok. Wyjście do ogrodu widziałaś, gdzie jest. – Kiwam głową.
– Dzięki Laura – rzucam, stojąc na środku pokoju i ukradkiem próbuję rozejrzeć się po pokoju.
– Lori, wolę byś mówiła na mnie Lori, jeśli chcesz przeżyć pobyt tutaj. – Oho. Miałam rację. Oczy wyskakują mi z orbit. Gdzie podziała się ta ułożona Laura? I z jakiej racji mam do niej mówić Lori? W sumie, to nawet lepiej brzmi.
– Zgoda, jeżeli to ma poprawić ci humor. I żeby było jasne, nie chcę mieć żadnych z tobą problemów, ani nie mam ochoty na spotkania z twoimi nudnymi koleżankami, które siedzą tylko z nosem w książkach – mówię, podchodząc do szafki z półkami, która została dla mnie opróżniona.
– Jeszcze się zdziwisz, jakich mam przyjaciół – rzuca pod nosem, zarzuca włosami i wychodzi z pokoju, na pełnym fochu.
Rozglądam się już jawnie po pomieszczeniu, w międzyczasie układając swoje ubrania na półkach. Nic nie mówi o tym, jaka jest moja kuzynka, poza regałem na książki zapełnionym po brzegi. Z ciekawości podchodzę do niego i z sentymentem dotykam palcami ich grzbietów, czytając tytuły. Moją uwagę przykuwa „Bad Romeo".
Prycham pod nosem.
Jeszcze rok temu kochałam książki. Uwielbiam te ckliwe historie, które przeważnie kończą się szczęśliwie. Odkąd stałam się częścią jednej z nich, a jej finał skończył się złamanym sercem, przestałam czytać i kupować nowe powieści.
Przestałam też brać je od mojego ojca.
Ta z tego, co widzę, została nie dawno wydana i z żalem stwierdzam, że to wydawnictwo taty wypuściło ją na rynek. Zawsze brał w posiadane najlepsze książki i tak osiągnął sukces na wysoką skalę.
Wzdycham.
Czytam streszczenie i dochodzę do wniosku, że lektura może być ciekawa, więc zapisuje w pamięci, by sięgnąć po nią, gdy nie będę miała nic do roboty.
Dociera do mnie głos mamy, która mnie woła, bo zbiera się do wyjścia. Odkładam pospiesznie książkę na miejsce, z którego ją zabrałam, popycham drzwi szafy, gdzie zdążyłam wyłożyć rzeczy z jednej torby i biorąc głęboki wdech, wychodzę z pokoju i dołączam do mamy.
Odprowadzam ją do samochodu wraz z ciotką i Laurą, sorry z Lori. Ściskamy się mocno i mama moczy mój policzek, a ja dyskretnie go wycieram. Szepcze mi do ucha, że będzie tęsknić i nie mam sprawiać problemów.
Obiecuję, że nie będę.
Macham jej na pożegnanie, kiedy odjeżdża.
Nagle ogarnia mnie smutek, który maskuję uśmiechem.
Czuję się jak porzucone zwierzę, które zostawia się u kogoś pod opieką, gdy właściciele wyjeżdżają na wakacje, nawet nie chcę myśleć o tym, że większość tych właścicieli nie odbiera swoich pupili po powrocie.
Gdy auto mamy znika z mojego pola widzenia, dochodzę do wniosku, iż zostałam zupełnie sama. Wszyscy, których kocham stopniowo mnie opuszczają.



Samanta Louis,
Lawendowa Czytelnia. 
Copyright © 2014 Lawendowa Czytelnia , Blogger